Aldona Cwynar – Tańcząc ze strachem

24 stycznia 2017

Chcę podzielić się z Tobą kawałkiem intymnego świata Aldony Cwynar – opowiadaniem, które napisała do książki: Latające historie – Antologia tekstów okołozlotowych. Jest to książka wydana w limitowanym i niewznawialnym nakładzie 250 egzemplarzy – po 1 sztuce dla każdej uczestniczki Zlotu Latającej Szkoły. Ja i inne autorki postanowiłyśmy podzielić się naszymi tekstami z szerszą publicznością, zamieszczając je na swoich blogach.


Tańcząc ze strachem

Australijska pielęgniarka Ware Bronnie w książce „Czego najbardziej żałują umierający” umieściła swoje spostrzeżenia wyniesione z rozmów z umierającymi. Śmiertelnie chorzy najczęściej żałowali, że przeżyli życie zgodnie z oczekiwaniami innych, nie mając odwagi żyć po swojemu.

My kobiety podobno tylko w jednym przegrywamy z mężczyznami — brakuje nam pewności siebie i wiary we własne siły. Być może nie bez znaczenia jest to, że kobiety odważne, odnoszące sukcesy, przebojowe, zdeterminowane są uważane za mało kobiece i często otrzymują etykietę „babochłopa”. Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, że my kobiety od najmłodszych lat jesteśmy nagradzane za bycie grzeczną, a nie odważną. Możliwe, że właśnie dlatego w dorosłym życiu tak niewiele z nas podejmuje ryzyko. Często brakuje nam odwagi, by zawalczyć o własne szczęście: założyć własny biznes, odbyć podróż dookoła świata czy wejść na szczyt góry.

Wierzę w to, że odwagi uczymy się przez całe życie. Wciąż zbyt wielu ludzi uważa, że odwaga to brak strachu, podczas gdy moim zdaniem odwaga jest wtedy, gdy boimy się, ale mimo wszystko działamy. Długo myślałam, że odwagę albo się ma albo się jej nie ma. Ba! Byłam pewna, że niektórzy ludzie w ogóle nie odczuwają strachu. Tak bardzo chciałam się nie bać. Czułam, że jeśli uda mi się pokonać własne ograniczenia to odkryję siebie na nowo – poznam tę część siebie, jakiej nigdy nie znałam. Rozpaczliwie chciałam się dowiedzieć, co trzeba zrobić, żeby się nie bać. W tym celu rozmawiałam z każdą odważną osobą. Wreszcie jeden przewodnik wysokogórski powiedział coś, co na zawsze zmieniło mój sposób myślenia:

Ja też się boję. Za każdym razem, kiedy jestem w górach, przynajmniej raz odczuwam lęk. Nigdy nie jest to panika. Tylko dziecko nie odczuwa lęku, bo nie ma świadomości zagrożenia. Człowiek dojrzały wie czym grozi upadek ze skały czy skok na główkę do wody. Zresztą bałbym się iść w góry z kimś, kto się nie boi. Znaczyłoby to, że albo jest samobójcą albo jest niespełna rozumu.

Łał. Więc nie chodzi o to, aby nie odczuwać strachu. Co znaczą te słowa? W górach tak jak w życiu – trzeba się nauczyć panować nad sobą i za wszelką cenę ogarnąć panikę, która blokuje każdy jeden krok. Trzeba nieprzerwanie pracować nad sobą.

Kilka lat temu zrozumiałam, że tylko ja mam wpływ na swoje życie, zaryzykowałam i zaczęłam działać. Po prostu dałam sobie szansę. Nagle wyjście na Mont Blanc stało się całkiem realne.

Kraków 2016

 

  1. Czas start!

Początek jest całkiem zwyczajny. Najpierw oczami wyobraźni widziałam siebie na szczycie Mont Blanc (4810,45m n.p.m.). Niby nic wielkiego, ale jeśli dodam, że mieszkam dwie godziny jazdy samochodem od Tatr, a w tamtym czasie moja noga nigdy nie stanęła nawet na Giewoncie (1894m n.p.m.), nigdy nie chodziłam po górach, nie wspinałam się nawet na sztucznej ściance i nie trenowałam całymi tygodniami, to od razu staje się jasne, jak mało realne było moje pragnienie.

Pomysłem podzieliłam się z koleżanką.

Super! – krzyknęła.- Od kilku lat już o tym myślę.

Mogłam więc z kimś swoje marzenie zrealizować. Niestety praktycznie zerowa ilość ruchu i 15 letni związek z nałogiem tytoniowym doprowadziły moją kondycję fizyczną do stanu krytycznego. Jeśli do tego dodać lęk wysokości (wyjście na drabinę zawsze było dla mnie wyzwaniem) to wyprawę na najwyższy szczyt Europy w czasie krótszym niż pięć lat śmiało można porównać do filmu science fiction.

  1. Magiczne i tajemnicze Tatry

Wejście na Mont Blanc bez doświadczenia, wiedzy, umiejętności i przewodnika z całą pewnością można nazwać próbą samobójczą. Mont Blanc wymaga dobrej kondycji fizycznej, jest górą z ekspozycjami i trudnościami technicznymi,  a to oznacza, że żeby na nią wejść, trzeba dużo trenować i oswoić się z przebywaniem na większych wysokościach.

Dlatego zaczęłam biegać. Wspólnie z koleżanką opracowałyśmy plan wycieczek. W maju 2014 roku pierwszy raz byłam w Tatrach na Kasprowym Wierchu (1987 m n.p.m.). Później wspólnie wspięłyśmy się na Świnicę (2301 m n.p.m.).

Na Mnicha (2068 m n.p.m.) poszłyśmy już z przewodnikiem. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o Janie Muskat – wybitnym taterniku i legendzie polskiej wspinaczki wysokogórskiej. Nie mogłam uwierzyć, że człowiek z tak dużym doświadczeniem wysokogórskim mógł mieć lęk wysokości, który zresztą udało mu się pokonać. W jednym z wywiadów powiedział:

„(…) tragedią moją było to, że mając silne ręce, w ścianie paraliżował mnie strach. Miałem normalny lęk przestrzeni, który później wyleczyłem. Na jednej ręce podciągałem się nawet; na dwu — 30 razy, a szóstkowej drogi nie mogłem zrobić. Wszystko rozgrywa się w głowie! Ja to widzę po klientach, po sobie samym. To polega na tym, że jeżeli odpuści cię strach, to okazuje się, że płyniesz po tej skale.”

Podczas tej wspinaczki i siedząc na szczycie nie miałam odwagi patrzeć w dół. Kiedy zeszłyśmy z Mnicha i spojrzałam na górę z pewnej odległości, to uświadomiłam sobie, że oto właśnie zrobiłam ogromny krok do przodu: na krótką chwilę pokonałam swój lęk wysokości.

Później były Granaty (część Orlej Perci) i związana z nimi mrożąca krew w żyłach historia. Kiedy schodziłyśmy z Granatów, zaczęło padać. Śpiesząc się, przez przypadek weszłyśmy na starą część szlaku. Zanim zdążyłyśmy się zorientować, wisiałyśmy nad przepaścią po brzegi wypełnioną lodem. Stojąc na dwóch kamieniach, rękami ściskałam kurczowo krawędzie skały. Nagle skała, którą trzymałam w prawej ręce, zaczęła się poruszać i po chwili zupełnie się oberwała. W konsekwencji zawisłam na jednej ręce. Dzięki adrenalinie poczułam gwałtowny przypływ energii i wzrost motywacji. Z prędkością światła pokonałam ustęp skalny i szybko zaczęłam schodzić w dół. Po powrocie do domu przeczytałam, że w tym samym czasie z Granatów spadła 18-letnia dziewczyna.

W miesiącach wakacyjnych pogoda w Tatrach jest bardzo kapryśna – zmienia się z minuty na minutę. A padać może codziennie. Kiedy byłyśmy na Kościelcu (2155 m n.p.m.), było bardzo ślisko, co tylko wzmagało mój strach. Półka zwężała się do szerokości ludzkiej stopy. Z prawej strony przepaść – z lewej znajdował się płaski i bardzo śliski fragment skały. Powiem wprost – istna tragedia dla kogoś z lękiem wysokości. Jednak jakimś cudem przeszłam i miałam szczyt niemal na wyciągnięcie ręki. Kiedy postawiłam stopę, a ona niemal bezwiednie ześlizgnęła się w dół, podjęłam decyzję: nie idę dalej. Bardzo podobnie było w drodze na Rohacz Płaczliwy (2125 m n.p.m.). Po wspięciu się na Rohacz Ostry (2088 m n.p.m.) postanowiłam również zrezygnować z dalszej wspinaczki (Rohacze bywają nazywane Orlą Percią Tatr Zachodnich).

W 2014 roku weszłyśmy na inne tatrzańskie szczyty takie jak: Szpiglasowy Wierch, Giewont, Sławkowski Szczyt czy Czerwone Wierchy.

  1. Skuty lodem Grossglockner

Sierpień 2014 roku miał być miesiącem szczególnym – czasem przekucia marzeń w czyn. Miałam stanąć na szczycie Mont Blanc. Maj, czerwiec i lipiec były okresem wielkich zmian: rzuciłam palenie i pięć razy w tygodniu biegałam (od 5 do 15 kilometrów), a dwa razy w tygodniu wstawałam o drugiej nad ranem, żeby wyjechać w Tatry. Całe swoje życie podporządkowałam jednemu pragnieniu. Dzisiaj z perspektywy czasu widzę dokładnie, że trzy miesiące to przecież niewiele, bo ludzie do niektórych wypraw przygotowują się latami. Byłam niecierpliwa i oczekiwałam natychmiastowych rezultatów. Intensywne treningi przez 3 miesiące / 7 dni w tygodniu wydawały mi się ogromnym poświęceniem.

Jeszcze podczas wspinaczki na Mnicha przewodnik powiedział wprost, że na Mont Blanc nie wejdę, podając bardzo prozaiczny powód: brak kondycji. Sama nie wiem, czy sztuką jest determinacja w dążeniu do celu czy też pożegnanie z celem, kiedy ową determinację posiadamy. Jedno jest pewne: w moim przypadku „odpuścić” nie było sprawą łatwą. Dlatego z Mont Blanc nie zrezygnowałam, a jedynie postanowiłam odroczyć go w czasie. Początkowo z żalem, a później z rosnącym entuzjazmem rozpoczęłam przygotowania do wyprawy na porównywalną pod względem technicznym, ale łatwiejszą kondycyjnie górę Grossglockner.

Grossglockner to najwyższy szczyt Austrii o wysokości 3798 m n.p.m. Stopień trudności najłatwiejszej drogi na szczyt określany jest na PD+ (PD = fr. peu difficile – nieco trudno).

To była wyprawa pełna wyzwań.

Pierwszym dużym wyzwaniem było wejście do schroniska Studl (2802m.n.p.m) z bardzo ciężkim plecakiem. W plecaku były najpotrzebniejsze ubrania i leki oraz sprzęt m.in.: raki, czekan, czołówka, kask zabezpieczający przed spadającymi kamieniami i inne.

W wieczór poprzedzający wyprawę na Grossglocknera umówiłam się z przewodnikiem, że jeśli do schroniska Erzherzog-Johann Hutte (3454m n.p.m.), znajdującego się nad schroniskiem Studl i tuż pod szczytem Grossglocknera nie pojawię się w wyznaczonym przez niego czasie, to nie idę dalej. Dotarłam minutę przed czasem.

Ze schroniska Studl wyruszyliśmy o czwartej nad ranem. Najpierw pokonaliśmy niebezpieczną drogę prowadzącą przez lodowiec. Przede wszystkim dlatego, że lód w każdym momencie mógł się załamać i wtedy wpadlibyśmy w dziurę. Później przyszedł czas na wspinaczkę alpejską nad przepaściami – wspinaliśmy się w rakach po stromej skale. Na ostatnim odcinku byłam wykończona, więc idąc, skupiałam się tylko na kolejnym kroku – aby był możliwie najbardziej doskonały. W ten sposób pokonałam przejścia najbardziej eksponowanymi graniami i wspięłam się w rakach po skale na szczyt. Nie myślałam o przepaściach i o tym, że mam lęk wysokości – po prostu chciałam zrobić kolejny krok. Piękne widoki podziwiałam dopiero na zdjęciach.

Idąc na szczyt, przeżywałam chwile zwątpienia. W dwóch miejscach spanikowałam – każdą komórką swojego ciała odczuwałam lęk wysokości i dosłownie nie mogłam się ruszyć. Zapytałam przewodnika, jak mam wejść skoro nigdzie nie widzę szczeliny, w którą mogłabym wsunąć stopy. Usłyszałam: „Jeśli tyle osób przed tobą tutaj weszło to znaczy, że musi tam być. Szukaj.” Wtedy zrozumiałam, że jeśli był ktoś – ktokolwiek, kto coś zrobił, to i ja mogę to zrobić. Jeśli ktoś kiedyś miał problem i go rozwiązał, to znaczy, że rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki, tylko ja go nie widzę. W drodze na szczyt musiałam cały czas zmagać się z własnymi słabościami. Był taki moment, gdy pomyślałam, że mogę nie dać rady. Ledwo szłam – właściwie mechanicznie stawiałam stopy. W pewnym momencie poczułam całkowity odpływ sił, po którym przyszła maksymalna determinacja. Poczułam się jak wojownik, który uparcie walczy nie tylko o siebie, ale również o swoje marzenia.

Na szczycie Grossglocknera kilka osób doceniło moje zmagania – przyjęłam słowa uznania i gratulacje od wspinaczy. Widać było wysiłek, jaki włożyłam w zdobycie tej góry. Od schroniska Erzherzog-Johann Hutte szłam bardzo powoli niemal ważąc kroki, a na mojej twarzy malował się strach.

Komuś, kto nie chodzi po górach, wydaje się, że po długiej i żmudnej wędrówce, na szczycie góry „delektując się sukcesem, popijasz szampana”. Nic bardziej mylnego. Należy wejść, usiąść na chwilę, poświecić kilka sekund na podziwianie widoków, zjeść np. batona i szybko zejść w dół, bo w każdym momencie może nastąpić załamanie pogody.

Drogę powrotną rozpoczęliśmy około godziny dwunastej w południe. Największym wyzwaniem okazało się mijanie kolejek zmierzających na szczyt. Zupełnie tak jakby wszyscy brali udział w maratonie i zapomnieli, że w chodzeniu po górach najpiękniejsze jest to, że sami ze sobą się ścigamy. Z własnym lenistwem, strachem, nawykami, przyklejonymi etykietami, słowami, które zbyt często sami sobie powtarzamy. Sami sobie to robimy. Dlatego tylko my, możemy stanąć do walki i w ostatecznym rozrachunku wygrać z samym sobą.

Niektórzy twierdzą, że Grossglockner hartuje psychikę. Ktoś inny jeszcze napisał, że z pewnością nie jest to góra dla kogoś, kto ma silny lęk wysokości czy brak wyczucia równowagi. Z pewnością odbiór każdej góry jest sprawą indywidualną. Doświadczony alpinista uzna Grossglockner za łatwą górę. Dla takiej osoby jak ja: bez doświadczenia i z lękiem wysokości będzie z kolei górą ekstremalnie trudną.

Grossglockner nauczył mnie jak ważne jest bycie elastycznym i że nie zawsze osiągamy wyznaczone cele. A dokładniej – nie zawsze są to te same cele, co na początku drogi. Dopiero po powrocie zrozumiałam, o co chodzi w ich osiąganiu. Nie zawsze cel jest najważniejszy – chodzi o drogę, która do niego prowadzi. Ważne jest to, co wyniesiemy z tej wędrówki i jakim człowiekiem staniemy się w trakcie.

Chociaż Kilimandżaro jest najwyższym szczytem Afryki i należy do Korony Ziemi to właśnie Grossglockner poprzez konieczność użycia raków, wspinaczkę skalną, lód i przepaście jest górą technicznie trudną. Na czym polegał trud wejścia na Kilimandżaro i czy weszłyśmy na Mont Blanc – o tym piszę poniżej.

  1. Śniegi Kilimandżaro

Jesienią 2014 i wiosną 2015 roku intensywnie biegałam. Systematyczne treningi pozwoliły mi ukończyć dwa półmaratony: PZU Cracovia Półmaraton Królewski i Półmaraton Żywiecki. Pod koniec 2015 roku podjęłyśmy decyzję o miejscu i czasie kolejnej wyprawy. Tym razem postanowiłyśmy pojechać na inny kontynent i na własne oczy zobaczyć wieczne lodowce na „Dachu Afryki”.

Kilimandżaro jest uśpionym wulkanem (ostatnią aktywność zanotowano około 200 lat temu), leżącym w Tanzanii na terenie Parku Narodowego Kilimandżaro. To góra technicznie łatwa i jednocześnie stwarza wysokie wymogi kondycyjne. To oznacza, że bez odpowiedniej sprawności fizycznej mamy niewielkie szanse wejść na szczyt.

Co ważne dochodzi tutaj do wielu wypadków śmiertelnych. Do najczęstszych przyczyn można zaliczyć: chorobę wysokościową, zapaść serca, obrzęk mózgu, rozedmę płucną, wylew krwi do mózgu, upadki na eksponowanych fragmentach dróg czy spadające skały i kamienie. Niektóre źródła podają, że na Kilimandżaro ginie rocznie więcej osób niż na Mount Everest. Podczas wchodzenia na szczyt byłyśmy świadkami sytuacji, gdzie jeden z przewodników (z równoległej grupy wyprawowej) wszedł w stan hipotermii, czyli wychłodzenia organizmu. Widziałyśmy jak: miał dreszcze, widoczne zaburzenia mowy i koordynacji ruchowej, a siny język zwisał mu bezwładnie. Inne zdarzenie miało miejsce, gdy schodziłam ze szczytu z przewodnikiem. Na Kilimandżaro szła grupa tragarzy – dwóch niosło nosze, pozostali dźwigali coś na plecach. Dopiero przewodnik uświadomił mi, że to pomoc dla kogoś, kto zasłabł lub nie jest wstanie zejść o własnych siłach. Niestety nie znam finału obu tych historii.

Mimo że Kilimandżaro leży zaledwie 3 stopnie poniżej równika, to na jego wierzchołku utrzymuje się śnieg. Wyniki badań przeprowadzone przez międzynarodową grupę naukowców dowodzą, że w ciągu ostatnich 100 lat ze szczytu ubyło aż 85 procent lodu. W okolicach 2060 roku wskutek ocieplenia klimatu i wycinki lasów najprawdopodobniej znikną na zawsze słynne hemingwayowskie „śniegi Kilimandżaro”.

Do Parku Narodowego Kilimandżaro można wejść tylko z przewodnikiem. W Polsce otrzymałyśmy namiary na jedną z najlepszych miejscowych agencji trekkingowych. Jej właścicielem jest przewodnik Wilfred Moshi i jednocześnie jedyny czarnoskóry Afrykanin, który stanął na szczycie Mount Everest. Koszt naszej wyprawy zawierał oprowadzanie przez lokalnego przewodnika, pomoc tragarzy, opłaty za wstępy i zezwolenia, wyżywienie oraz noclegi w namiotach.

W tym rejonie Tanzanii występują dwie pory deszczowe: długa pora deszczowa – od marca do czerwca i krótka pora deszczowa – od listopada do pierwszej połowy grudnia. Istnieje sześć oficjalnych dróg trekkingowych: Marangu, Rongai, Lemosho, Shira, Umbwe oraz Machame. Wspinaczka trwa zazwyczaj między 5, a 8 dni. My wybrałyśmy drogę Lemosho – aż 8 dni. Przede wszystkim z uwagi na długość trasy, dzięki czemu zwiększyłyśmy swoje szanse wejścia na szczyt (długa aklimatyzacja) i mogłyśmy chłonąć Afrykę wszystkimi zmysłami, ciesząc się jej pięknem.

Wilfred Moshi (nasz przewodnik) mailem przesłał nam opis trasy, wykaz niezbędnych ubrań i leków oraz wskazówki jak się przygotować kondycyjnie. Zrobiłyśmy pierwsze szczepienia.

Miałyśmy lecieć w sierpniu 2015 roku. W czerwcu grając w badmintona, skręciłam kostkę. Dosłownie raz odbiłam lotkę. Pogotowie, skręcona noga i gips. Cała wyprawa stanęła pod znakiem zapytania. We wrześniu powoli, niemal od zera zaczęłam budować kondycję. Dopiero w grudniu kupiłyśmy bilety na samolot. Z Polski wyleciałyśmy w połowie stycznia 2016 roku.

Wyprawa na Kilimandżaro to niezapomniane przeżycie – inny kontynent, strefa klimatyczna i kultura. Co mnie zaskoczyło?

Po powrocie często padały pytania czy: bardzo zmarzłyśmy? Albo: jaka temperatura panuje na szczycie? Z perspektywy czasu stwierdzam, że byłyśmy naprawdę dobrze przygotowane. Przed samym wyjazdem spotkałam się z kolegą, który dwa lata temu był na Kilimandżaro. Poprosiłam, aby podzielił się swoim doświadczeniem. Powiedział coś, co nam bardzo pomogło. Na wysokości powyżej 4000 m n.p.m. jedna z uczestniczek wyprawy bardzo zmarzła. Kilka osób rozcierało jej ręce i nogi. Zaopatrzyłyśmy się więc w kilka grubych skarpet oraz ogrzewacze do rąk i stóp. Na szczęście musiałyśmy ich użyć tylko podczas dwóch ostatnich nocy. Najbardziej zmarzłam wychodząc na szczyt, a najgorsze było ostatnie 800 metrów. Mimo całkiem dobrej kondycji poruszałam się żółwim krokiem: pięć kroków i odpoczynek. Czułam zupełny odpływ sił. Osiągnęłam stan, w którym idzie się do przodu nic nie czując, a nawet istotne sprawy tracą na znaczeniu. Nie wiem, ile było stopni Celsjusza, ale wyobraźcie sobie sytuację, w której niczym słup soli trzeba stać na mrozie w jednym miejscu. Takie właśnie było moje tempo. Na szczyt dotarłam powłócząc nogami. Ręce miałam tak skostniałe, że mimo ogrzewaczy z trudem poruszałam palcami.

Natomiast całkiem przyjemna była pogoda na co dzień. Ciepłe popołudnia zupełnie rekompensowały chłodne poranki i mroźne noce.

Podczas wyjścia na Kilimandżaro często słyszałam: „pole, pole” co w języku swahili oznacza „powoli, powoli”. Wiedziałam, że brak odpowiedniej aklimatyzacji może być przyczyną choroby wysokościowej, która objawia się ostrym bólem głowy, nudnościami i ogólnym osłabieniem. W ciągu dnia pokonywałyśmy znaczne przewyższenia. Przez 8 dni naszej wędrówki od bazy do bazy chodziłyśmy raz w górę raz w dół. Co ważne, trzeba pamiętać o tym, aby codziennie wypić 2 litry wody. Woda zawiera tlen, który pomaga uniknąć choroby wysokościowej. Po tym, jak jednego dnia podczas schodzenia w dół do bazy dostałam okrutnych nudności i zawrotów głowy, zaczęłam sama pilnować codziennych dawek spożycia wody.

Dobry przewodnik to podstawa. Dobry, czyli nie tylko posiadający wiedzę i doświadczenie, ale też cierpliwy i lubiący ludzi. Tubylcy twierdzą, że Kilimandżaro jest górą, którą zdobywa się w głowie, walcząc ze swoimi słabościami. Dlatego właśnie dobry przewodnik jest również wsparciem i motywatorem – pomaga uwierzyć w to, że możemy tego dokonać. Nam towarzyszył wspomniany już wcześniej Wilfred oraz emanujący pozytywną energią Penda. Kiedy dotarłyśmy do ostatniej bazy, straciłam ducha do walki. Było stromo i wysoko. Z przerażeniem stwierdziłam, że skoro tyle wysiłku kosztowało mnie zdobycie jakiejś tam bazy, to co może się wydarzyć jutro. Swoimi obawami podzieliłam się z Pendą. Wziął mnie za rękę i podprowadził do miejsca, w którym pozostałe grupy wychodziły na szczyt wzniesienia. Ręką wskazał mi zmierzającą do bazy Azjatkę. Z trudem łapała oddech, słaniała się na nogach – prawie mdlała. Wyglądała zupełnie tak jak ja.

W nocy przed atakiem szczytowym Wilfred powiedział, że dla każdej z nas ma dodatkowy tlen, ale jeśli go o niego poprosimy, to trzeba będzie zejść, bo to oznacza, że nasz organizm jest zbyt słaby. W drodze na szczyt, kiedy tak zatrzymywałam się co pięć kroków, Penda zaproponował, że weźmie mi plecak. Penda wierzył we mnie nawet wtedy, kiedy ja nie wierzyłam w siebie. W dzień ataku szczytowego mój trekking trwał prawie 20 godzin z krótkimi przerwami.

Wiecie, co jest najpiękniejsze w górach? Można kupić najlepszy sprzęt i wynająć dodatkowych tragarzy, ale na szczyt musimy wejść na własnych nogach. Nie można sobie kupić mocnych nóg, kondycji fizycznej, determinacji i zdrowia. Zwłaszcza zdrowie trzeba mieć, bo Kilimandżaro nie jest górą dla każdego.

Kilimandżaro to nie tylko symbol walki z własnymi słabościami, ale przede wszystkim niezapomniane krajobrazy. Za każdym razem kiedy ktoś mówi: „Kilimandżaro” widzę dokarmianą przez turystów dużą małpę siedzącą tuż nad nami, bazę noclegową przypominającą ogrody w Raju albo przynajmniej najpiękniejszy na świecie ogród botaniczny, sawannę, krajobraz wulkaniczny, absolutne piękno w postaci lodowca i las równikowy.

Kilimandżaro to uśpiony wulkan w związku z czym na szczycie jest bardzo dużo przestrzeni. Dla porównania na wierzchołku Grossglocknera siedziałam na kawałku kamienia i byłam przypięta do krzyża, a obok mnie było bardzo mało miejsca.

Od mojego wyjścia na Kilimandżaro minęło 6 miesięcy. Tanzańscy przewodnicy mówią, że wejście na Kilimandżaro nie jest sprawą oczywistą. Podobno dość często zdarzają się sytuacje, gdzie pewna siebie i bardzo dobrze przygotowana kondycyjnie osoba zapada na chorobę wysokościową, a ktoś na emeryturze lub z dość dużą nadwagą wchodzi i schodzi z góry bez większych problemów. Dlatego każdy kto marzy o takiej wyprawie powinien spróbować.

Do Polski poza wspomnieniami przywiozłam ze sobą coś jeszcze. Po raz pierwszy od dłuższego czasu spojrzałam na swoje życie z większej perspektywy.  Wciąż doskonale pamiętam opowieść Pendy o tym jak ciężko jest zostać przewodnikiem na Kilimandżaro. Najpierw każdy chętny zostaje tragarzem. Następnie musi ukończyć bardzo drogą szkołę i zdać trudny egzamin. Tanzańczycy są dla mnie wzorem cierpliwości. Pole, pole to nie są tylko puste słowa. Oni doskonale wiedzą, że prawdziwy sukces przychodzi powoli i jest okupiony latami wyrzeczeń oraz ciężkiej pracy.

Kilimandżaro było pierwszą górą, której nie zdobyłam sama. Podczas wędrówki na szczyt towarzyszyły mi słowa wsparcia, myśli i modlitwy rodziny oraz najbliższych przyjaciół. To spowodowało, że dzisiaj Kilimandżaro zajmuje szczególne miejsce w moim sercu i pamięci. Jest górą na której nie tylko ja odniosłam sukces, ale również wiele bliskich mi osób.

*

Nie weszłam na Mont Blanc, ale dzisiaj to i tak już bez znaczenia. Czuję wdzięczność za to co w ciągu ostatnich dwóch lat zyskałam. Pomimo lęku wysokości byłam na Mnichu, w Austrii stąpałam po kruchym lodowcu i  czułam zimny oddech strachu wspinając się w rakach na Grossglocknera. Weszłam na Kilimandżaro – jeden z siedmiu naturalnych cudów Afryki. Poznałam wielu wspaniałych ludzi. Kto wie czy to wszystko by się wydarzyło, gdybym dwa lata temu stanęła na szczycie Mont Blanc.

W tym czasie wiele zrozumiałam. Na przykład to, że wszyscy czujemy strach przed robieniem nowych rzeczy i tylko od nas zależy czy będziemy z nim walczyć. Dzisiaj, patrząc z perspektywy własnych doświadczeń, porównuję odwagę do pieczenia ciasta – tak jak każde kolejne ciasto jest smaczniejsze tak też każde kolejne wyzwanie powoduje, że jestem śmielsza.

Teraz zupełnie inaczej traktuję porażki. Wiem, że zniechęcają do dalszych wytrwałych działań i mogą, ale nie muszą znacząco osłabić dążenia do sukcesu. Wiem też, że porażki uczą, podczas gdy zwycięstwa dodają odwagi i budują wewnętrzną wartość człowieka.

Podczas wyprawy na Kilimandżaro Wilfred opowiadał o ludziach, którzy latami przygotowują się by wejść na wymarzony szczyt. Zbierają pieniądze, wyrabiają kondycję i nagle, gdy są już prawie u celu dopada ich choroba wysokościowa. Muszą zejść. To właśnie wtedy zrozumiałam, że najtrudniej jest się pogodzić z tym, że nie możemy spełnić największego marzenia mimo, że daliśmy z siebie wszystko. Podobno dopiero wtedy odkrywamy, że w życiu najważniejsze są nie wielkie zwycięstwa, ale to że mimo strachu podjęliśmy próbę i do końca walczyliśmy.

Reinhold Messner, pierwszy zdobywca Korony Himalajów,  w jednym z wywiadów powiedział co dało mu impuls potrzebny do podjęcia decyzji o zdobyciu Mount Everest bez tlenu. Otóż: ówcześni naukowcy uważali, że to jest niemożliwe. No tak…ale skoro nigdy tam nie weszli to skąd mogli o tym wiedzieć?

 

Dosłownie uwielbiam opowieść Willa Smitha o tym jak ojciec zaprowadził dwunastoletniego Willa oraz jego dziewięcioletniego brata  pod wykonaną z cegły ścianę, którą następnie zburzył, a swoim synom powiedział, aby ją odbudowali. Stwierdzili, że to jest niemożliwe. Jednak po pół roku, każdego dnia układania cegły na cegle, wybudowali ścianę. Zrobili to. Wtedy ojciec powiedział:  Nigdy nie mówicie, że jest coś, czego nie można zrobić.

Jeśli racjonalne myślenie oznacza rezygnację z wielkich marzeń to dlaczego miałabym być realistką? Albert Einstein zapytany o rzeczy niemożliwe odpowiedział, że kiedy wszyscy uważają, że coś jest niemożliwe to nagle przychodzi ktoś, kto o tym nie wie i w ten oto sposób niemożliwe staje się możliwe.

 

Zresztą…. czy wyobrażacie sobie codzienne życie bez żarówki, komputera czy telefonu komórkowego? Thomas Edison, Steve Jobs czy Martin Cooper – wszyscy oni mieli niezwykłe marzenia.

 

Dlaczego tylko dzieci mają duże marzenia? Co powoduje, że z czasem, z każdym dniem siła naszych pragnień słabnie i z większych – tak po prostu rezygnujemy?  A może stając się dorosłymi ludźmi po prostu przestajemy marzyć, bo zakładamy z góry, że nasze marzenia są nieosiągalne i nie uda nam się ich zrealizować?

Dlaczego właściwie ktoś mówi, że czegoś nie zrobię? Przecież tak naprawdę sami siebie do końca nie znamy i dopiero w kryzysie odkrywamy jak wiele siły mamy w sobie. Wtedy zrozumiałam….. Ci, którzy mówią, że czegoś nie zrobisz tak naprawdę mówią o sobie.*

*Na potrzeby Antologii tekst został skrócony. Tylko tutaj możesz przeczytać całe opowiadanie.


Aldona Cwynar (ur.1980) – absolwentka filologii rosyjskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego.  Od 10 lat w branży translatorskiej. Podczas Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej 2012 jako jedyna Polka koordynowała działania w ukraińskiej strefie kibica w Doniecku. Właścicielka Internetowej Agencji Tłumaczeniowej Textus, współpracującej z ponad 50 tłumaczami w 30 językach. W wolnych chwilach czyta literaturę  biznesową i biograficzną. Z uwagą śledzi osiągniecia polskich himalaistów. Pasjonatka gór. Biega i jeździ na rowerze.


W Antologii tekstów okołozlotowych wydanym przez Latającą Szkołę pod redakcją Eli Soszyńskiej jest tyle niesamowitych historii, które warto poznać, że za zgodą Autorek podaję linki do pozostałych wpisów:

2 odpowiedzi na “Aldona Cwynar – Tańcząc ze strachem”

  1. W. pisze:

    Piękny tekst, piękna historia, dodaje mocy, bezspornie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *