Mądrość mojej Babci

6 lutego 2017

W tym roku, jak w filmie Lejdis, Sylwester nie przypadł u mnie na 31 grudnia, a gotowość na postanowienia noworoczne pojawiła się nie 1, a 23 stycznia. I to zupełnie niespodziewanie. Stało się tak dzięki rozmowie z moją Babcią. Kiedyś powiedziała mi, że nie mogę być taka, jaka jestem i sprowokowała mnie do założenia bloga, a 2 tygodnie temu ponownie sprawiła, że zatęskniłam za zmianą.

Jak mówi Marzena Kopta, żeby narodziła się zmiana, miejsce, w którym jesteś, musi Cię bardzo boleć. Bardziej niż to, co czeka Cię na drodze zmiany. Mnie aktualnie nic specjanie nie bolało, nie poszukiwałam niczego więcej, nie miałam motywacji do przeżywania dyskomfortu wdrażania nowego. Żyło mi się… Nie, nie beztrosko, ale “jakoś” się żyło.

Świadek mojego życia “jakoś”

Moja Babcia była świadkiem tego “jakoś”, kiedy w poniedziałek, 23 stycznia spędziłam z nią cały dzień w ramach świętowania zaległego Dnia Babci. Wiadomo, od własnej firmy wolnego nie weźmiesz, więc co rusz mój telefon, leżący między nami na stole, wibrował, zwiastując nadejście kolejnej ważnej wiadomości od świata. Zwalczałam pokusę sprawdzenia co to, kto to, jednak nie miałam w sobie dość siły, żeby wyłączyć wibrację i WiFi albo po prostu schować go do torebki. W końcu Babcia nie wytrzymała i spytała, co się dzieje. Popłynęły słowa i łzy, które pokazały, że tak naprawdę żyję jak zawieszona na sznurkach. Te niewidzialne nici, przez które tańczyłam do nieswojej melodii, były uplecione z przędzy strachu przed zniknięciem, odpuszczeniem, niezrobieniem, wysypaniem projektu, niespełnieniem czyjegoś oczekiwania, niedotrzymaniem słowa. Wszystko dotyczyło nie mnie, a świata zewnętrznego. Choć przecież tyle mówię o potrzebach, o JA,
o szukaniu swojego why. Jak to się dzieje, że kiedy pilnuję, byście dbały o własne potrzeby, zapominam o sobie?

Babcia wie

Wystarczyło mówić i płakać w ciepłych ramionach Babci, by wszystko zaczęło się układać. Zobaczyłam, co daje mi to wszystko, co robię i że jest to jedna ze strategii. Zobaczyłam pod spodem swoje potrzeby: docenienia, uznania, bycia w kontakcie, bycia ważną, pomocną, potrzebę wkładu i wzbogacania świata. To wszystko było dla mnie ekstremalnie ważne rok temu, kiedy zakładałam firmę i nie straciło na aktualności dziś, kiedy jestem już rozpoznawalna, a moje słowa cytowane. Ja słabo znam się na chemii, ale broń jądrową robi się ze wzbogaconego uranu. Moje wzbogacanie świata również przybrało rozmiary, które dla mnie samej bywały chwilami klęski żywiołowej jak po wybuchu bomby. Czyli cytując moją Babcię: co za dużo, to niezdrowo!

Niezdrowo

Czym jest to niezdrowo? Przesadą w ilości godzin spędzanych w pracy, bo nie można procować efektywnie od 8 rano do 1 w nocy. Nadmiarem angażowania się w życie innych ludzi i brakiem równowagi w dawaniu i braniu, bo nie można po 40 minutach rozmowy pytania co u Ciebie zbywać słowami: nic ważnego. Upajaniu  się pozytywnym feedbackiem i spadaniem na dno rozpaczy po jednej krytycznej uwadze. Byciem online 24/h, bo to szybko rozładowuje baterie – nie tylko w laptopie. Utożsamianiem wyłączenia telefonu ze znikaniem i skazaniem się na zapomnienie, kiedy tak naprawdę można przekazać trochę władzy poczcie głosowej. Byciem w kilku rolach życiowych równocześnie, bo żona z tabletem między nogami jest mało atrakcyjna.

Inaczej, czyli jak?

Uczucia wyschły już na policzkach, nazwałam swoje potrzeby i w spokojnych oczach Babci zaczęłam szukać strategii. Te rodziły się w pytaniach, które mi zadawała. Nie powstydziłby się ich żaden wzięty coach. Co stanie się, kiedy wyłączę telefon na noc? Co najgorszego może się zdarzyć, jeśli na maila odpowiem nie natychmiast, a następnego dnia? Czy ktoś w ogóle zauważy,  jeśli na blogu nie pojawi się wpis, a newsletter znowu trafi do Czytelników spóźniony o godzinę? Ile osób zapomni o mnie, jeśli w grupie nie będzie wpisu przez 5 dni z rzędu? Jak dużo stracę w oczach świata, jeżeli poproszę o skończenie rozmowy, kiedy stanie się dla mnie zbyt długa lub niekomfortowa.
Odpowiedzi były całkiem proste: nic, nie, nikt, niewiele. Aha. Czyli mogę spróbować i poprzyglądać się jak mi z tym jest.

2 tygodnie później

Spróbowałam. Przeżyłam. Przyznałam, że  ograniczam rozmowy telefoniczne do 10 minut. Pracowałam mniej, ale efektywniej. Byłam offline w weekendy i popołudnia. Po 2 wieczorach w pracy, kiedy realizowałam wcześniejsze zobowiązania, wyraźnie poczułam, że to o jeden wieczór za dużo i już się tak nie umawiam. Żyję, nawet trochę lżej niż wcześniej, spokojnie, z uśmiechem i większą radością. Presja odeszła, choć jestem czujna, bo znając ją, pewnie tylko przyczaiła się w kącie.

A Babcia?

Była przy mnie. Jest. Tylko tyle i aż tyle <3