Mam taką (brzydką) potrzebę…

28 marca 2017

Mam taką brzydką potrzebę… chcę być kochana, szanowana, podziwiana, pomocna, znana, ceniona i bogata. Może trochę wstydzę się tych potrzeb, one są takie… mało szlachetne, nikczemne, gorszące. To nieładnie pożądać tego wszystkiego dla siebie. Co z tego, kiedy tak mam…

Nie chcę, żeby wyszło, że wiem, a nie powiem, ale chcę Wam napisać, że przydarzyło mi się dziś coś wyjątkowego. Stało się tak dzięki pewnemu mężczyźnie. Nie był to mój mąż i nie był to flirt, ani nic w tę stronę. No po prostu nie mogę powiedzieć, ale radość mnie rozsadza od środka więc sporą część tego szczęścia wpuszczam do grupy jak hel z balonu. Łapcie i uśmiechajcie się <3

Może poznajesz? Tak, to mój post na grupie Szkoły Mocy z 8 marca. Minęły prawie 3 tygodnie i dziś chcę zaprosić Cię na lekcję. To moja życiowa lekcja. Nie musisz odrabiać jej sam, możesz spokojnie uczyć się na moich… doświadczeniach.

Mój biznes spowolnił.

Kiedy prowadzisz jednoosobową działalność gospodarczą i przez ponad miesiąc chorujesz, to firma musi na tym ucierpieć. Ok, przyjmuję, tak bywa, więc grudzień sobie wybaczyłam.

W styczniu realizowałam kolejny z moich szalonych pomysłów – kurs na temat Porozumienia bez przemocy dla Babci i Dziadka. Nie spodziewałam się zysku, była to raczej inwestycja i odważna decyzja wpisująca się w moją wizję budowania marki i dzielenia się NVC z jak najszerszym gronem. A że pieniędzy z tego nie było? Podjęłam ryzyko bycia pionierem, nie robię więc sobie za to wyrzutów.

Luty – Survival z nastolatkiem. Druga edycja, dobry feedback od uczestniczek poprzedniego kursu, reklama, naprawdę wartościowe materiały i bardzo małe zainteresowanie.

Zaczyna świecić się pomarańczowa ostrzegawcza lampka. Analizuję, szukam przyczyn porażki i nowych ścieżek rozwoju. Gdzieś w założeniach jest błąd. Wszystko wygląda ok, polubień przybywa, na webinary przychodzi 200 osób, na Spotkania z mocą lista rezerwowa, a przychód pozwala na pokrycie kosztów, a tzw. górki brak. Szukam wsparcia. Zwracam się do jednej z promujących się mentorek, jednak przesłane materiały nie przekonują mnie. Rezygnuję i otrzymuję zwrot kosztów. Doceniam klasę, to budzi szacunek. Rozstajemy się w dobrych stosunkach, a ja szukam dalej.

W życiu nie ma przypadków. Znajoma, której opowiadam o kłopotach, poleca mi Fascynuj. Umawiam się na wstępną rozmowę z Konradem i po niej piszę cytowany wyżej post.

Ta konsultacja zawróciła mi w głowie.

Nie dlatego, że mój rozmówca miał miły, spokojny głos, ale ponieważ znalazłam rozwiązanie wszystkich moich problemów. Okazuje się, że moje potrzeby (bycia kochaną, szanowaną, bogatą itp.) nie są niemoralne. Są nie tylko zupełnie zwyczajne, ale w dodatku całkowicie realne. Czyli że mogę to wszystko mieć! A że jeszcze nie mam – winna jestem tylko ja sama. Przy całym moim gadaniu o strefie wpływu i sprawczości brzmi to sensownie. Wystarczy, że zmienię myślenie, w szczególności o samej sobie, zmienię przekonania, zmienię strategie i bum! Wszystko będzie jak dawniej, wszystko będzie dobrze.

Zmienić innych – w to nie wierzę.

Zmieniać siebie? Tak, to da się zrobić! Tylko jak? Gdybym sama potrafiła, to przecież nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem. Pomoże mi Konrad. Co prawda jego mentoring kosztuje 25 tysięcy, ale Boże, góry mogłabym przenosić, mając ten jeden brakujący element – wiarę w siebie! Ok, może jakoś uda mi się nazbierać tę kasę. Rozemocjonowana rozmawiam o tym z moim mężem. To bardzo interesująca pogwarka, dzięki której jestem trochę bardziej trzeźwa…

Proszę o ofertę. Nie dostaję. Po 2 dniach przypominam się i dostaję 22-stronicowy plik z komentarzem, że cena jest inna (niższa!). Oferta nie powala mnie, bo nie wygląda już tak świetnie, jak obietnice składane mi przez telefon, ale zastanawiam się. W końcu to tylko 5, a nie 25 tysięcy. Pytam o umowę, o której jest mowa w ofercie. Umowy nie ma. Mam powiedzieć, co chcę mieć w umowie (myślałam, że to usługodawca przygotowuje umowę, a nie klient?!). Czekam na nią 2 dni i przyglądam się ofercie Fascynuj. Na stronie internetowej widnieje właściciel i zespół. Zespół to zdjęcie brata Konrada podpisane imieniem i nazwiskiem innej osoby. Pytam o to, dostaję wymijającą odpowiedź, że strona jest w trakcie prac. Coraz mniej we mnie zapału, coraz więcej znaków zapytania. 13 marca piszę ostatecznie, że rezygnuję. Dostaję informację, że podejmowanie takiej życiowej decyzji przez Messenger, to jak zerwanie z chłopakiem przez sms. Obracam to w żart i na tym moja historia może się zakończyć.

Ale…

Na Facebooku znajduję stronę osoby oszukanej przez firmę Konrada, a on sam w przeciągu tygodnia dwukrotnie zmienia nazwę swojego fanpage. Dziś pojawia się post osoby, którą Konrada promował swoje usługi w zakładce rezultaty. Władek pisze, że ostrzega przed oszustem! Ze strony Fascynuj znika zdjęcie brata, pojawia się natomiast zapis, że firma nie gwarantuje osiągnięcia sukcesu, bo to zależy tylko ode mnie…

Tak, zgadzam się. Wracam do punktu wyjścia i do mojej strefy wpływu. Mogę pracować nad rozwojem z mentorem, dbać o urodę z przyjaciółką i trenować z moim psem, ale moje wyniki zależeć będą wyłącznie ode mnie. I nie ma niczego złego w odczuwaniu potrzeby bycia bogatą, cenioną, znaną i kochaną, jednak nie osiągnę tego, kiedy na drodze do mojego spełnienia będą dramaty, zawiedzione nadzieje, stracone pieniądze i strach.

Po co napisałam to wszystko?

Bo autentyczność jest dla mnie ważna. Bo wychodzenie z mojej strefy komfortu, przyznawanie się do własnej łatwowierności i niskich pobudek jest dla mnie wyzwalające. Bo mogłam położyć na szali nie tylko 5 tysięcy, ale również moją równowagę psychiczną i zaufanie męża, który powiedział wyraźne veto! Bo chcę Cię ostrzec, nie tylko przed Konradem, ale przede wszystkim przed Tobą. To nie on zrobił mi z mózgu sok z żuka, to ja sama pozwoliłam sobie to zrobić.

Uważaj na siebie.

Sprawdzaj komu powierzasz pieniądze.

I tajemnice.