Mentor na nowe czasy

19 czerwca 2018

Pora znaleźć mentorów na nowe czasy. To zdanie kołacze mi się w głowie i choć miałam zupełnie inny pomysł na ten artykuł, myśl o szukaniu nowych nauczycieli nie pozwala mi spokojnie pisać tego, co zaplanowałam.

W moim życiu był czas, kiedy w naturalny sposób rodzice byli najważniejsi. Potem przyszedł czas wpatrzenia w rówieśników i starszych kolegów, później w chłopaka, męża. Na pytanie, kto jest moim autorytetem odpowiadałam, że nie mam takich osób. No może Jan Paweł II, ale kiedy zastanawiałam się nad tym głębiej, że wstydem przyznawałam, że cenię, szanuję i lubię Papieża, ale niekoniecznie podążam za jego nauką, a nawet nie do końca ją znam…

Mentor w moim życiu pojawił się wraz z pierwszym szkoleniem inspirowanym Porozumieniem bez przemocy i była nim Marzena Kopta. To od niej nauczyłam się, że nie muszę, a wybieram i ona mówiła, że emocja to informacja o mnie dla mnie. Ona też popchnęła mnie w ramiona Agnieszki Pietlickiej i kiedy z wypiekami na twarzy słuchałam o rozróżnieniach kluczowych, zrozumiałam, że moja fascynacja rozwojem w nurcie NVC dopiero się zaczyna. Niemalże równocześnie z Agnieszką była Elżbieta Więcław, która przygarnęła mnie, żółtodzioba, do magicznego kręgu żyraf w Gliwicach.

Potem pojawiły się osoby – puzzle, które wypełniały puste miejsca w historii, którą sama o sobie pisałam. Santi, Adiadna, Pani Swojego Czasu, Kamila Rowińska czy Agata Dutkowska to jedne z wielu osób, które pozwoliły mi uczyć się od siebie. Teraz potrafię już nazwać ten proces, polegający na instalowaniu u siebie zasobów, które na dany  moment były mi potrzebne, jednak wtedy wydawało mi się, że chłonę wiedzę i umiejętności jak gąbka.

Uczyłam się, doświadczałam i kiedy poczułam gotowość, zaczęłam dzielić się moimi zasobami z innymi. Dziś, kiedy czytam, że wiele osób, które na swojej ścieżce rozwoju spotkały się ze mną, wymieniają mnie jako swojego mentora, trenera, opiekuna, coacha, przewodnika, to… czuję spokój. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że jestem w odpowiedniej chwili, we właściwym miejscu, w doborowym towarzystwie i optymalnej formie. Subskrybuję newslettery wielu moich mentorek i zaczynam rozumieć, jak daleko zaszłam od miejsca startu. Dziś poczułam wyraźnie, że z niektórymi z nich czas się pożegnać i poszukać nowych przewodników na nowe czasy, dla nowej mnie. Z ogromną wdzięcznością myślę o tych wszystkich kobietach, od których uczyłam się komunikacji, porozumienia, pewności siebie, umiejętności technicznych, budowania biznesu, pisania książek, wystąpień publicznych. Od każdej z nich wzięłam coś istotnego, co złożyło się na obraz mnie, jednak mną nie jest i choć pojawiała się śmiała myśl, żeby być taką żyrafą, jak Aga, mieć społeczność jak Ola, wizje jak Agata czy podcast jak Ariadna, to wciąż byłam Barbarą. Zaczęłam jednak dostrzegać, że ta Barbara ma swoich naśladowców i staje się wzorem. Że zarówno jej córki jak i zupełnie obce jej osoby cytują jej słowa. Że dziękują jej za pomoc w zrozumieniu, za wsparcie, za odwagę, autentyczność, szczerość, wytrwałość i kilka żołnierskich słów, które pomogły pozbierać się w rozsypce. Że wyróżnieniem jest spotkać się z nią, uczyć się od niej, inspirować i popełniać własne błędy bez obawy o ocenę.

To zaszczyt, ale też zobowiązanie, by wciąż dbać o najwyższą jakość, rozwijać się i nie odpuszczać. To misja, w której ja nadal jestem sobą, wciąż silna i prawdziwa, jednak coraz bardziej świadoma i coraz lepsza dla samej siebie. Nie łudzę się, że to da się zrobić bez kosztów, nie tylko tych finansowych. Nie wmawiam sobie, że to będzie lekka przygoda i że nie będzie bolało. Nie oczekuję, że nowe doświadczenie i umiejętności zaktualizują mi się we śnie. Nie mam fantazji, że wiedza przyjdzie z książek kupionych i postawionych na półce. Nie czaruję mojej rodziny, że oni również nie zapłacą za to ceny. Nie mam złudzeń, że zrobię to w pojedynkę i spodziewam się, że ta droga może nigdy nie mieć końca.

Wręcz przeciwnie! Nastawiam się na pracę, nieprzespane noce, weekendy poświęcone szkoleniom i pokonywanie kolejnych szklanych sufitów, które buduję jedynie w swojej głowie. Co więcej przedostatnie zadanie wiosennego wyzwania uświadomiło mi, że ja tę ścieżkę mam już zaplanowaną na najbliższe kilka lat i że na pewno nie zabraknie mi marzeń, celów i planów. Świadomie wybieram moich przewodników i nie oczekuję ideałów. Pragnę uczyć się od ludzi, którzy nie są perfekcyjni w każdym calu. Wystarczy, że będą potrafili tańczyć lepiej ode mnie, zdobyli szczyt wyższy o jeden metr lub doświadczyli w swoim życiu o jedną porażkę więcej i już będę mogła uczyć się od nich walca, wspinaczki czy odporności.

By jednak móc w ogóle robić postęp, na początek chcę zaakceptować moją sytuację dziś. Pogodzić się zarówno z własną wielkością jak i niewiedzą. Uznać wszystko to, co już za mną i marzyć o zdobywaniu nowych umiejętności.

Nie potrafię zamienić na nauczę się, nie wiem na sprawdzę, a nie mogę przetransformować na spróbuję.

Mogłabym czekać na jeszcze jeden kurs, kolejne urodziny, maturę dzieci lub inny właściwy moment, ale ja już wiem, że moje miejsce nie jest w porcie. Ufam mu, jednak to ja trzymam ster tej łodzi. Życz mi stopy wody pod kilem…