Przeżyłam operację serca

12 czerwca 2019

Przeżyłam w sensie dosłownym – piszę te słowa, więc żyję. Udało mi się to jednak w sposób nieoczywisty, a mianowicie po stawieniu się do szpitala, przy lśniącobiałym kontuarze naznaczonym odciskami palców podobnych do mnie desperatów, dowiedziałam się, że zespół dziś nie operuje.
I zdziwienie: „nikt pani nie powiadomił”? Przerzucanie się odpowiedzialnością, że to X miał zadzwonić, ale Y nie miał numeru, odpowiedzialność rozmyta na kilka osób, później telefon, w którym padło magiczne słowo „przepraszam”.

Dla mnie to przepraszam, miało taką siłę, jak gdyby ktoś przepraszał, że przypadkiem zburzył Piramidy. Nie miało żadnego znaczenia…

Mija doba od tamtego poranka, a ja uśmiecham się, przesuwając na dwunastego czerwoną ramkę kalendarza, biorąc do ręki „niepodróżną” szczoteczkę do zębów, ponownie malując paznokcie u stóp, pozbawione dzień wcześniej połyskliwego, bladego różu na potrzeby obserwacji anestezjologicznej…
I znowu nic się nie zmieniło, a zmieniło się wszystko. Chcę o tym opowiedzieć dla siebie i dla Ciebie. Bo dziś, w samym środku oczyszczającego wodospadu łez zrozumiałam, po co trzy lata temu założyłam Szkoły Mocy.

By nie wprowadzać chaosu, w żołnierskich słowach opiszę moje perypetie zdrowotno-międzyludzkie, lecz jednak jeśli jesteś na bieżąco i znane Ci są te historie, możesz śmiało opuścić ten akapit.

Nie jestem czystą kartką, ani żadną wyrocznią, ani też ideałem.
Od początku mojej działalności mówiłam Wam o sobie szczerze. Dla niektórych zbyt szczerze, jednak, co może zaskakiwać, nawet osoby mnie krytykujące, krążą wciąż na mojej orbicie, lgnąc jak ćma do świecy do tej ostentacyjnej prawdy, którą pokazuję na swój własny temat.

Czasy przed rokiem 2000 uznajmy za okres poszukiwań, burzy i naporów. Właściwa historia rozpoczyna się w 2000 roku, kiedy to miałam brać ślub z Miłością Mojego Życia. W lipcu, kiedy zaproszenia drzemały już w szufladach gości, a sukienka czekała w szafie na swój wielki dzień, MMŻ rozmyślił się. Po czasie coraz bardziej rozumiem jego i mam coraz więcej jasności, odnośnie własnej niedojrzałości. Dobrze, że znalazł w sobie tyle siły, by podjąć tę decyzję za nas dwoje, ale to wtedy właśnie po raz pierwszy straciłam wzrok i zemdlałam. Oczywiście nietrudno było zrzucić to na karb wielkich emocji, które targały mną w tym okresie, jednak to był początek. Potem długo nie działo się nic niepokojącego, aż w 2008 objawy pojawiły się znowu i to tak gwałtownie, że wylądowałam w szpitalu. Milion badań i wypis z diagnozą: „zaburzenia psychosomatyczne”. Potem 10 lat remisji i nawrotów, błąkania się po lekarzach, czasem podejrzenie guza mózgu, czasem boreliozy, zaburzeń ortostatycznych, jaskry, badania błędnika. Aż w lipcu 2017 przełom, który sprawił, że urocze dekoracje mojego życia runęły na kilka kolejnych miesięcy. PFO, czyli „dziura w sercu”, a dokładnie otwór o średnicy ok 2x6 mm między przedsionkami mojego serca. To właśnie ta pamiątka z życia płodowego sprawiała, że czasem świat zalewała fala szarości, ciało nie trzymało pionu, a głowa pękała z bólu.

I wydawałoby się, że można zawołać: bingo! Mamy to! Załatwmy sprawę i będzie po kłopocie. Nic jednak bardziej mylnego. Kardiolodzy i neurolodzy pochylali się nade mną wyposażeni w szkiełko i oko, a czasem też intuicję oraz własne serce. Nikt jednak nie potrafił jednoznacznie powiedzieć, czy dziurkę należy/można/warto załatać, czy lepiej pozwolić mi żyć jak dotąd. Nie ma bowiem wskazania do operacji, kiedy pacjent nie przeszedł udaru, a właściwie dwóch. U mnie ryzyko jego wystąpienia oszacowano na 88% czyli innymi słowy, jestem jak tykająca bomba…
Po kolejnym incydencie TIA (przemijający atak niedokrwienny mózgu), po którym ból głowy nie mijał przez 3 tygodnie, wylądowałam w szpitalu i zostałam skierowana na zabieg zamknięcia PFO.

I tu wracamy do akapitu pierwszego. Po dwóch miesiącach oczekiwania, przygotowywania się fizycznie i mentalnie, po wyłączeniu z pracy i wielu obowiązków domowych, po miesiącach rozmyślań, pogrążania się w strachu i nawrotów odwagi, usłyszałam, że operacji nie będzie i nieomal osunęłam się na podłogę tuż przy lśniącobiałym kontuarze naznaczonym odciskami palców podobnych do mnie desperatów…

Być może cała sytuacja wydaje Ci się teraz zagmatwana, no bo jak to? Czekałaś na operację, ale cieszyłaś się, że jednak się nie odbędzie?

Wcale nie dziwię się Twojemu zmieszaniu, bo ja na początku czułam podobnie. Nie potrafiłam rozeznać w swoich emocjach, czy więcej jest we mnie złości, czy ulgi.
Czy złoszczę się o to, że mnie nie zawiadomili (myśl: nie zrobili minimum wysiłku, żeby się do mnie dodzwonić. Mieli numer, a jeśli nawet zagubili, można go znaleźć w kilkunastu rekordach po wpisaniu mojego imienia i nazwiska w Google).
Czy może wchodząc po schodach do szpitala, zużyłam już całe zasoby opanowania i zalała mnie fala wściekłości wprost z gadziego mózgu. 
Czy może czuję ulgę, bo nie powiedziałam tego nikomu wprost, ale czułam każdą komórką mojego ciała, że mogę nie przeżyć tej operacji. 

Wyborem było czekać na kolejne zawroty głowy, migreny i TIA lub z pełną świadomością pozwolić sobie wprowadzić żyłą udową zapinkę Amplatza. Ciało obce, które miało się rozpanoszyć w moim sercu, być może zapobiegając kolejnym incydentom. Być może, bo gwarancji nie było, a możliwe powikłania – tamponada serca, utrata zapinki, zaburzenia rytmu serca, czy zakrzepica były wymieniane jednym tchem z tamtymi “być może”.

Które z nich miałam wybrać?

Życie zdecydowało za mnie. I choć dla części z Was zabrzmi to absurdalnie, tak miało być. Ja ze swojej strony zrobiłam wszystko, by zabieg się odbył, a los kolejny raz pokazał mi figę. I ja to biorę z całym wachlarzem następstw takiej decyzji.

Podjęłam decyzję, że zostaję z tym moim „być może”. A odkąd zinternalizowałam tę myśl, wszystko zaczęło się rozjaśniać.

Kiedy pisałam Ci na początku, że wiem, po co stworzyłam Szkoły Mocy, to już chyba się domyślasz, że zrobiłam to dla siebie.

W ostatnim roku od momentu diagnozy dziury dostałam ogrom wsparcia.

Mój mąż trwał przy mnie jak skała nad brzegiem oceanu, tak jak ona wytrzymując napór rozbijających się fal, przypływów i odpływów.

Były nasze córki, które starałam się trzymać z dala od największych sztormów, jednak kiedy ma się matkę, o konstrukcji emocjonalnej wywleczonej jak podszewka sukienki na drugą stronę, nie sposób było ukryć przed nimi targających mną emocji, pobytów w szpitalach i spadku formy.

Były mamy, które bezsilne trzymały się na dystans, polecając mnie Bogu w modlitwach.

Byli przyjaciele, których podziwiam za anielską cierpliwość i pełne zrozumienia bycie w tym miejscu i czasie, kiedy byli najbardziej potrzebni. 

Byłaś Ty. Byłeś Ty. Czasem z bardzo daleka wysyłając mi promyki nadziei, uśmiech, zdjęcie…

Ale nie umniejszając żadnym słowom, gestom i wyrazom sympatii, to cały ten sztorm odbywał się we mnie.

Bo od początku do końca czułam, że stawką jest życie. Moje życie. I to w sobie potrzebowałam znaleźć oparcie.
Wiem, że to odważne słowa i zanim poczujesz zawód, a może nawet ból niedocenienia, pozwól, że ponazywam jeszcze trochę te stany i momenty, w których się znalazłam.

Gdybym oparła się na moim wspaniałym Tacie, to już bym leżała, bo po krótkiej i potwornej chorobie zmarł we wrześniu 2017 roku.

Gdybym zawierzyła Przyjaciółce, to już bym leżała, bo udało nam się utrzymać tej przyjaźni.

Gdybym oddała cały ten strach mojej ukochanej Babci, to już bym leżała, bo po kilku miesiącach choroby, pogrążona w demencji i nieświadoma swojej sytuacji, zasnęła w przeddzień Wigilii, prosząc wcześniej pielęgniarki o dokładkę herbaty bez cukru.

Gdybym poprosiła Męża o zabranie ode mnie tego przerażenia, to skończylibyśmy z długami. Wystarczyło, że On zadbał o nasze bezpieczeństwo finansowe i pomagał mi dźwigać ciężkie torby z zakupami, jednak duża część mojego cierpienia musiała zostać po mojej stronie.

Gdybym wciągnęła w to głębiej Przyjaciół, uwikłałabym ich, pozbawiłabym ich satysfakcji z pomagania, a ostatecznie i tak nie byłabym szczęśliwa, bo NIKT, zupełnie nikt nie mógł tego ponieść za mnie.

Szłam więc z tym, starając się czas przeznaczony na łzy pożytkować na modlitwę i wdzięczność Bogu, że wciąż jestem w stanie stawiać kolejne kroki. Nauczyłam się bowiem od siebie samej, że nie ma szans iść inaczej, jak tylko stawiając stopy jedna za drugą. A ponieważ po drodze pisały do mnie kobiety, że zmieniłam ich życie, że dzięki mnie są bardziej świadome, szczęśliwe, spokojne, a metoda była ta sama – proste, codzienne decyzje, to wiedziałam, że z tego wyjdę.

Zeszłam więc tymi samymi schodami, którymi tak trudno było mi iść w górę z wyraźną ulgą i choć wtedy nie potrafiłam tego jeszcze nazwać postanowieniem, a raczej subtelnym przeczuciem, wiedziałam, że na operację tu nie wrócę.

Jakakolwiek byłaby moja decyzja, podjęłabym ją przede wszystkim dla siebie. Ona ma i będzie miała wpływ na życie wielu, być może setek lub tysięcy osób, ale należy tylko do mnie. Może będę żyła długo i szczęśliwie. Może dostanę udaru albo nie dostanę. Może z niego wyjdę bez szwanku, a może zasadzą mnie w ogródku. Nie wiem. Na tu i teraz mam jednak na tyle siły i odwagi, by żyć.

Szkół Mocy jest wiele.

Można jej szukać w wierze, w wartościach, w gwiazdach, w naturze, w ludziach i relacjach z nimi, w uśmiechu dziecka. Jednak niezależnie od tego, jaka droga zaprowadzi Ciebie do Twojej własnej MOCY, życzę Ci oparcia w sobie i odwagi, by codziennie wykonać jeden maleńki krok.