Strategie

24 października 2016

Kiedy nie podoba mi się bałagan w moim domu, bo lubię piękno i czystość, to mogę posprzątać, poprosić o sprzątnięcie dzieci, męża, mamę, teściową, zamówić firmę sprzątającą, albo nie sprzątać. Jedna z uczestniczek kursu Jak zostać Mamą Mocy uświadomiła mi dzisiaj, że akceptacja też jest jedną ze strategii.

Nie wiem, czy już słyszeliście, ale ja uwielbiam strategie. Chociaż wszystkie elementy Porozumienia bez przemocy lubię, cenię i szanuję, to strategie są moim niekwestionowanym faworytem. Są dla mnie czymś w rodzaju nagrody. Kiedy uniknę oceny,  dokopię się do uczucia, przebrnę przez rozpoznawanie potrzeb, na końcu czeka na mnie upragnione rozwiązanie mojego problemu. Niesamowite jest, że to rozwiązanie wcale nie leży w mojej gestii, mogę spokojnie oddać je drugiej osobie.

Strategie na polu bitwy

Inna Mama Mocy powiedziała mi kiedyś, że bała się strategii. Że samo słowo brzmiało dla niej jak coś skomplikowanego, kojarzonego z militariami, z wygranym i przegranym, z kombinowaniem i szukaniem wymyślnych sposobów na zaspokojenie potrzeb. Sama później przyznała, że nic bardziej mylnego. Strategie to nic innego jak sposoby na zaspokojenie potrzeb i osiągnięcie celów. Są zawsze proste. Zawsze jest ich więcej niż jedna, a praktycznie może ich być nieskończona ilość. Mogą zależeć wyłącznie od nas, ale często zależą od osób trzecich. Często nie widzimy ich od razu, ale potrafią mnożyć się jak bakterie – jeden pomysł pociąga za sobą drugi, kolejny i następny. Bywa zabawnie, kiedy je obmyślamy, a jeszcze śmieszniej, kiedy realizujemy. Brzmi trochę jak zagadka z Hobbita, ale zobacz na przykładzie.

Bezludna wyspa

Gdybyśmy zostali rozbitkami i znaleźli się nagle na bezludnej wyspie, to po pierwszym szoku naturalnym odruchem będzie „ogarnąć się” – potrzebujemy wody, pożywienia, schronienia, odzienia i jakiejś rozrywki. Szukamy więc źródła, przy okazji znajdujemy gaj bananowców, z liści robimy przepaskę, a z bananowych skórek czapeczkę. Następnie bawimy się w plucie do celu. Zrobiło się zabawnie, ale nikomu nie życzę zostać rozbitkiem, a poza tym nasze przyziemne, codzienne problemy często są o wiele trudniejsze do ogarnięcia niż powyższa sytuacja. No i o wiele bardziej realne.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej

Weźmy więc przykład z naszego domowego podwórka. Kiedy kończy nam się w domu masło, możemy zjeść suchy chleb, iść po masło do sąsiadki, posmarować chleb smalcem lub margaryną albo serkiem topionym lub serkiem Almette, możemy nie jeść nawet chleba, tylko zrobić sobie budyń, możemy iść do sklepu po masło, możemy sobie powiedzieć, że masło jest niezdrowe i zerwać z nałogiem, możemy wysłać po masło męża, dziecko, teściową, możemy też zwinąć masło w jednorazowych opakowaniach z pobliskiej knajpki albo w ogóle zaopatrzyć się w takie jednorazówki na czarną godzinę, możemy również zrobić sobie masło metodą tradycyjną z mleka…

Ciekawa jestem ile z tych strategii przyszło Ci na myśl, kiedy zabrakło w domu masła 😉

Oczywiście toniemy trochę w oparach absurdu, ale na prostym przykładzie masła chcę pokazać Ci jak wiele mamy możliwości. Wystarczy dopuścić do siebie myśl, że rozwiązań jest więcej. Nie wszystkie są równie skuteczne, nie wszystkie bezpieczne, nie wszystkie legalne, ale są!

Władza nieabsolutna

Kiedy widzimy świat bogaty w rozwiązania naszych problemów, nie tylko żyje się łatwiej, ale przede wszystkim wzrasta nasza pewność siebie, rośnie spokój i zaufanie, że damy radę. Ja nie oczekuję od życia, że będzie mi rzucać mi pod stopy płatki róż, bo mam takie przekonanie, że po płatkach goździków czy astrów chodzi się równie miękko. Kiedy na mojej ścieżce nie ma żadnych płatków, sypnę sobie sama lub zdecyduję, że dziś wyjątkowo idę boso przez czarną, pachnącą ziemię. Bo kiedy mam strategie, mam wybór.

To nie koniec. Wiedząc, że mam wybór pojawia się przestrzeń dla wyborów innych osób.
Weźmy moje dzieci. Każda z dziewczynek ma po 3, a może 4 pary kapci. Bo lubią, bo ładne, bo miękkie, bo zielone. Ja kupowałam każdą parę z nadzieją, że to będą te jedne jedyne, w których one będą wreszcie chodzić. Kapcie były moją strategią na czyste skarpetki, ciepłe stopy, zadbane i szczęśliwe dzieci. Życie miało oczywiście inny plan i córki nadal chodzą boso. Co mogę? Kupić kolejne, wściec się, kompulsywnie prać skarpetki, przybić kapcie gwózdkami  do małych, zimnych stóp. A ja puszczam… Robię NIC. Chcą założyć – zakładają. Zadbałam o to, żeby miały co założyć. Nie chcą – chodzą boso. Nie chorują od tego. Skarpetki całe w psiej sierści nie dopierają się w pralce. Są szare. Tak jest. Trudno. Wyrosną, to wyrzucę. Nie walczę z wiatrakami, nie wyrzucam sobie, że jestem złą, nieskuteczną mamą, moją strategią jest akceptacja. Nie każdy to pochwala, nie każdy rozumie, ale ja z moimi strategiami jestem po prostu szczęśliwsza.

A Ty? Jakie są Twoje strategie?