W poszukiwaniu wewnętrznej mocy

5 czerwca 2018

Nie pytaj, jak długo siedziałam nad pustą kartką, bojąc się słów, które chciały wydostać się spod moich palców. Ile miałam wymówek, ile ołówków naostrzyłam, kwiatów podlałam i opiłowałam paznokci. Nie opuszczało mnie jednak nieznośne uczucie, że dopóki nie opiszę moich ostatnich tygodni, nie ruszę z działaniem. Robię to więc bardzo egocentrycznie z myślą o sobie, a jeśli Ty weźmiesz z tego coś dla siebie, to będzie mój podwójny sukces.

Chcę Cię też poinformować, że ten wpis nie jest pokazaniem jedynej słusznej drogi i całej prawdy o życiu. Moje oświecenie nie musi być Twoim, a decyzje, które podjęłam wcale nie muszą być dobre dla Ciebie. To, co moim zdaniem jest warte naśladowania, to świadome wybory i słuchanie głosu intuicji.

31 sierpnia 2017 obudziłam się ze świadomością, że czas wybrać się na studia.

Wzięłam do ręki telefon i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to coaching. Pierwsza uczelnia – SWPS. W zakładce płatności – 6 500 zł. Ałaaaa! Ale jest też informacja, że można otrzymać dofinansowanie. Projekt wsparcia ruszał 1 września, 2 września byłam złożyć dokumenty, a 3 dostałam zgodę na dofinansowanie 80% kosztu nauki i po raz czwarty zostałam studentką.

24 września zmarł mój Tata, więc czterodniowy trening interpersonalny, który rozpoczynał cały cykl studiów pamiętam jak przez mgłę. Wiem, że podobno miałam nauczyć się wiele o sobie, a ja z całej siły ściskałam się w środku, żeby tylko przetrwać. Nie przeszkodziło to jednak grupie w wybraniu mnie królową niewielkiego państwa stworzonego na potrzeby ćwiczenia. Zaskoczyło mnie, że pomimo bólu, który rozrywał mnie od wewnątrz, ludzie postrzegali mnie jako silną, opiekuńczą, odważną, sprawiedliwą i taką, na której można polegać.

Studia spokojnie trwały i pewnego sobotniego poranka, dokładnie w dniu urodzin mojego Taty, stanęła przed nami Krystyna Pietrasińska. Jeszcze zanim zaczęła zajęcia, bawiła nas rozmową na temat badań naukowych, w których odkryto, że kobieta absorbuje fragmenty DNA każdego mężczyzny, z którym odbyła stosunek. Na jej zajęciach było jak u Hitchcocka – na początek mocne uderzenie, a potem prawdziwa petarda.

Wiedziałam, że jeśli będę chciała kiedykolwiek pracować z coachem, to właśnie z nią.

Oczywiście kosmos podążył za moim marzeniem i już w kwietniu odbyło się nasze pierwsze spotkanie. Było to przy okazji analizy testu Extended DISC, który dla Krystyny jest ważnym narzędziem przygotowującym do pracy z klientem. Do dziś nie jestem w stanie zintegrować w sobie wiedzy, jaką zdobyłam dzięki 40 stronom wykresów i analiz, jednak zrozumienie, jakie pojawiło się dzięki bardzo jaskrawemu zarysowaniu moich mocnych stron i stref mroku, dało mi ogromne pole do pracy nad sobą.

Tę pracę wykonywałam pod okiem Krystyny i przez dwie sesje wszystko szło świetnie, odkrywałam kolejne karty, budowałam z nich karety, fulle i strity… aż doszłam do momentu, w którym karty zacięły się w podajniku i gra stanęła w miejscu. W rozmowie z moim coachem odkryłam, że odpowiedzialność za tę awarię ponosiły dwa zwykłe słowa – marzenie i lęk. W pojedynkę jeszcze były do zniesienia, ale w zdaniu „ja boję się marzyć” powodowały w moim ciele najprawdziwsze dolegliwości, które trudno byłoby przypisać jakiejkolwiek rozpoznanej jednostce chorobowej.

Rozbiła mnie zupełnie świadomość, że po latach rozwoju i pracy nad sobą, po wielu godzinach spędzonych na pomaganiu innym, wielu godzinach na sali szkoleniowej jako uczestnik i trener, urodzeniu dwóch córek i wydaniu dwóch książek, ja wciąż w środku czuję się mała, bezbronna i nic nie warta. Ta najmniejsza cząsteczka mnie, moja drobinka mocy wciąż się żarzyła, ale nie potrafiła rozbłysnąć pełnym blaskiem. Zrozumiałam, że to, co mógł zrobić człowiek ze swoją logiką, inteligencją, rozumem i siła przebicia, ja już zrobiłam. Pozostały mi metody, które dotychczas pociągały mnie, jednak wciąż się bałam. Marzyłam i lękałam się… Już to gdzieś chyba słyszałam…

Poszłam na basen.

Moja Jula trenowała w szkółce pod okiem instruktorów, a ja wskoczyłam do wody i pustym torem pływałam krytą żabką bez zatrzymywania się choćby na chwilę. Zupełnie nie czułam zmęczenia i tak, jak w promieniach wieczornego słońca falowała woda, moje sprawy zaczęły się układać w łagodne linie, skomplikowane bajkowe kształty, realne obrazy, a w końcu zobaczyłam CAŁOŚĆ. To właśnie wtedy, niespełna dwa tygodnie temu, w mojej głowie powstał ten list, który piszę teraz do Ciebie.

Zobaczyłam w sobie i w błękicie wody, że to właśnie tutaj znajduje się moje źródło. Chciałam zrozumieć, dlaczego woda jest moim katalizatorem, dlaczego płaczę, kiedy słyszę, a nawet wyobrażam sobie irlandzką muzykę, dlaczego cała drżałam na lodowcu w Kaprun nie zadając sobie sprawy jak wielu ludzi zginęło tam w płomieniach w katastrofie kolejki. Chciałam wreszcie pojąć dlaczego jest przede mną ściana, której nie widzę, choć niemal fizycznie czuję jej obecność.

W ciągu kilku dni podjęłam decyzję o wzięciu udziału w warsztacie ustawień rodzinnych Berta Hellingera. Wybrałam pracę pod kierunkiem Ewy Mikołajczak. Nie wiedziałam, z czym dokładnie jadę do Krakowa, jednak miałam pewność, że to jest właśnie kolejny krok.

Ten warsztat nie był łatwy, nie był fajny, nie mogę go polecić ani namawiać Cię na wzięcie w nim udziału. To niesamowita praca z emocjami, z ciałem, z duchami przodków, z nieuświadomionymi traumami i zaplątanymi losami. Ja poddałam się temu ze stuprocentowym zaufaniem i wyszłam stamtąd nie rozbita i poraniona, czego się obawiałam, a silna, kompletna, spokojna i pewna.

Zmierzyłam się z moim lękiem i widziałam na własne oczy, jak strach odchodzi, bo on do mnie nie należy. Wiem, gdzie teraz jest i co dla mnie symbolizuje. Nie mam już poczucia winy, krzywdy, niezrozumienia. Wybaczyłam, ukoiłam, uhonorowałam i podziękowałam. Jestem wolna i już wiem, gdzie w razie czego szukać swojej mocy.

Moja cząsteczka mocy w tej chwili świeci własnym blaskiem.

Błyszczy jeszcze bardziej, kiedy słońce odbija w niej swoje promienie, kiedy obmywa ją woda lub gra muzyka. Mam zaufanie do świata, do życia i do siebie. Wiem, że to, co ma się wydarzyć, idzie do mnie, kiedy odważnie i świadomie dokonuję wyborów. Zrozumiałam też, że wybory to również mówienie NIE – sytuacjom, ludziom, okazjom, działaniom.

Co mam dziś?

Mam siebie, moją rodzinę i otaczającą mnie przyrodę. To mój świat, moja szklana kula, na której się skupiam. Dopiero kiedy panuje w niej harmonia i dobrostan, jestem gotowa iść do świata i dzielić się tym, czego nauczyło mnie życie. Krystyna nauczyła mnie, że najważniejszym zadaniem coacha jest zwolnić bieg tego świata – swojego świata. Ja właśnie od tego zaczynam i dążę do tego, by Szkoły Mocy były nie tylko moim pępkiem świata na ulicy Jasnej w Gliwicach, ale światową konstelacją miejsc i ludzi, którzy nie boją się marzyć.

Ja marzę, by wychować nasze córki na samodzielne, fajne kobiety i móc z mężem żeglować tyle, ile tylko będziemy mieli ochotę. Chcę rozwijać się i dawać Ci inspirację do działania przede wszystkim dbając o własne granice i swoją cząsteczkę mocy. Nie wierzę już w to, że cokolwiek, co przychodzi z zewnątrz, może nam ją trwale podsycać i podtrzymywać jej blask. To pomaga… na jakiś czas, ale wsparcie uzależnione od innych ludzi, okoliczności, działań czy pieniędzy sprawia, że im wyższe są wzloty, tym boleśniejsze upadki. Dziś to wiem i chcę nadal uczyć się pielęgnowania wewnętrznej mocy. Będę także uczyć tego Ciebie.

A teraz powiedz mi, że to był przypadek, kiedy niespełna trzy lata temu moją firmę nazwałam Szkołami Mocy…


P.S. Ewę Mikołajczak podlinkowałam w tekście, a Krystyna Pietrasińska nie ma swojej strony Internetowej ani profilu na Facebooku. To zresztą dla mnie niesamowita perspektywa i przekomarzamy się z Krystyną, której świat jest bardziej realny 😉 Ostatecznie one przenikają się wzajemnie, więc jeśli szukasz kontaktu z nią, napisz do mnie.