Witaj Kobieto ze skrzydłami

23 stycznia 2017

Witaj Kobieto ze skrzydłami. Dzielę się dziś z Tobą kawałkiem mojego intymnego świata – krótkim opowiadaniem, które napisałam do niesamowitej książki: Latające historie – Antologia tekstów okołozlotowych. Jest to książka wydana w limitowanym i niewznawialnym nakładzie 250 egzemplarzy – po 1 sztuce dla każdej uczestniczki Zlotu Latającej Szkoły. Ja i inne autorki, mamy jednak gotowość podzielić się naszymi tekstami z szerszą publicznością, zamieszczając je na swoich blogach.


Witaj Kobieto ze skrzydłami.

Musisz je mieć, jeżeli czytasz tę książkę, byłaś przecież na Zlocie. A może właśnie jesteś i pod ławką czytasz akurat moją opowieść, bo już nie mogłaś się doczekać? Nie. Nie mam w sobie aż tyle pychy, żeby o tym marzyć, ale jednak czytasz i za to Ci dziękuję.

Cenię sobie czas. Mój, ale również Twój. Chciałam więc na samym początku uprzedzić Cię, co znajdziesz w mojej opowieści. Niestety ja sama jeszcze tego nie wiem. W ogóle nie sądziłam, że coś napiszę, ale fakty są takie, że dziś upływa termin nadsyłania tekstów do książki, a mnie palce coraz bardziej świerzbią. Po prostu nie darowałabym sobie i ze wstydu przed samą sobą, nie przyjechałabym na Zlot. A tak – jestem. A Ty trzymasz cząstkę mnie w swoich rękach i nie mogę przewidzieć, jak się ze mną obejdziesz. Kiedyś wydrukowałam sobie teczki na materiały szkoleniowe z moim wielkim zdjęciem. Okazało się, że mąż jednej z kursantek zabija mną muchy. Nigdy nie wiesz, na co się światu przydasz.

Siedzę sobie w sypialni w moim domowym biurze z widokiem na las na przestrzeni 0,5 m2 i myślami jestem przy tym, jak wśród suszących się gaci doniczek pełnych storczyków rozkwita mój biznes online. Czasem myślę, że to sen. Że w końcu kiedyś w czasie webinaru włączy się nie ta kamera, co trzeba i wszystko stanie się jasne. W biurze mądre książki mam na półce tylko z przodu, a za nimi słowniki i encyklopedia cała seria Remigiusza Mroza. Na podłodze deska barlinecka psie kłaki. Gustowne przykurzone firanki powiewają lekko na wietrze. Pomieszczenie jest pełne światła klaustrofobicznie małe. Elegancki makijaż dodaje mi lat pewności siebie, a szykowna sukienka naciągnięta w pośpiechu na jeansy dobrze się prezentuje.

Zastanawiam się czasem, kiedy ktoś w końcu zdemaskuje mnie i powie – Ty Baśka nie masz jednak tej mocy. Gram główną rolę w teatrze mentalnym, który rozgrywa się na deskach mojej głowy i świetnie mi to wychodzi. Czasem mam poczucie, że to rola Oskarowa. Spływają na mnie brawa, reflektory oślepiają, wielbiciele zostawiają pod sceną gigantyczne pudełka Rafaello. Jak mi dobrze, rób mi tak świecie. Ja się odwdzięczę i będę grała nadal, do chwalebnej śmierci na scenie. Ah, to byłby spektakularny triumf. To się jednak nie uda, bo prędzej zejdę na prozaiczny, mało romantyczny, najzwyklejszy na świecie zawał serca. Stoję więc ze skórzanym pejczykiem i poganiam samą siebie. Szybciej, wyżej, dalej, dłużej, mocniej, lepiej, piękniej, jeszcze, jeszcze. Bo jak się zatrzymasz, to oni odkryją, że pod spódnicą nie masz halki, tylko ordynarną metalową obręcz. Że to ściema, blichtr i ułuda. Nie, na to nie mogę sobie pozwolić. Lepiej zagonić konia na śmierć niż pozwolić mu się położyć. Leżący koń to martwy koń. A tu trzeba żyć. Przecież obiecałam.

STOP. Po co ja to robię? Żeby mnie kochali. Po co więc piszę te słowa? Żeby przestali? Nie!

Piszę to wszystko szybko, kompulsywnie stukając w klawiaturę wściekle różowym lakierem Revlon o zapachu jagód (czy kogoś to interesuje?), piszę bez zastanowienia, żeby się nie rozmyślić. Piszę, bo po nieomal roku mojego własnego maratonu zapomniałam na śmierć, co to znaczy kochać siebie.

Moje marzenie nie było wielkie. Ideologicznie chciałam dzielić, żeby mnożyć. Zawsze byłam słaba z matmy. Żeby dzielić, trzeba mieć co. A kiedy się dzieli i nie zostaje reszta, pula w końcu się wyczerpie. Większość sprytnych sprzętów i urządzeń ma wbudowany jakiś system ostrzegawczy i informuje o kończącym się paliwie. Nie wiecie może, gdzie ma go człowiek? Czy to jest w karku, jak strzyka? A może w kolanie, które trzeszczy, kiedy chcesz paść na nie (albo się z nich podnieść). Gdzie to może być? W sercu, tak górnolotnie, jakoby w centrum dowodzenia? Pewnie u tych, którzy myślą sercem faktycznie tam jest. Są jednak tacy, co myślą mózgiem albo i inną częścią ciała, żeby nie powiedzieć jego członkiem. Generalnie, gdziekolwiek to zainstalowano u mnie – nie działa. Trzeba mi spaść z krzesła, podnieść się, otrzepać i powiedzieć – przeciąg był. Po prostu mnie nic nie ruszy, jeżeli ja sama postanowię inaczej. To jest właśnie ten moment, big day. Dziś wstaję z trzeszczących kolan i obmacuję plecy szukając choć śladu blizny po skrzydłach. Pamiętam jak dziś, jeszcze wczoraj tam były. Przecież nie mogły zniknąć. Ja – owszem, ale moje skrzydła? Co z nimi zrobili… Co ja z nimi zrobiłam do cholery. Rozdawałam po piórku, przecież tego się nikt nie doliczy, tyle ich było. Bo nikt nie uczył, że choćby to był wór bez dna, to każdy wór ma swój koniec. Wiadomo, najlepiej uczy się na własnych błędach.

Zresztą czy to był błąd marzyć o wszechmocy? Nigdy nie byłam dobra z fizyki. Tak szczerze, to miałam z niej trójkę. Jedyną na świadectwie maturalnym (pozostałe oceny były wyższe, co by nie pozostawić pola do nadinterpretacji). Skąd mogłam wiedzieć, że jak się czerpie, to się wyczerpie. Trudno, trzeba żyć.

Jak?

Codziennie od nowa i bez przerwy. Przerwa to koniec. A ja jeszcze nie jestem gotowa, psze Pana Boga. Ja już będę grzeczna. Zadbam o siebie, założę ciepłe gacie i zjem pożywną zupę na śniadanio – obiado – kolację. Tylko daj mi szansę jeszcze pobyć tutaj. Jest taka piękna jesień (w końcu trawnika nie trzeba podlewać)

Dziś, ja tutaj podpisana uroczyście przyrzekam kochać siebie samego, jak bliźniego swego. Dbać o siebie co najmniej tak troskliwie, jak o storczyki. Nakładać sobie porządne porcje snu i spojrzeń w dal. Bywać nad morzem, z może i nad jeziorem. Sprawdzać opuszki palców na instrumentach strunowych, szarpanych i trącanych, nie tylko na klawiszach. Słuchać rwącego potoku krwi w żyłach i grzać się przy kominku ciepłych myśli o sobie. Dotykać w sobie tego, co żyje, a nie tylko badać puls u trupa. Tak być sobie, jak było sobie życie. Od rana i co noc od nowa. Taka gra fabularna. Czy wierzę, że są w niej wygrani i wygrani? Jasne! Inaczej bym w ogóle nie siadała do joysticka.

Basia Bielanik 


W Antologii tekstów okołozlotowych wydanym przez Latającą Szkołę pod redakcją Eli Soszyńskiej jest tyle niesamowitych historii, które warto poznać, że za zgodą Autorek podaję linki do pozostałych wpisów: